Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegańskie przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 grudnia 2012

poświątecznie...

jak widać dwanaście potraw jest a stół bardzo mały
znów udało się wegańską wigilię przygotować.
znów z jednym wyjątkiem: w pierogach ruskich był niestety twarożek.
Dolma z wegedzieciaka była gwoździem programu: 

1. barszcz czerwony ze swojego zakwasu
2. chleb żytnio-orkiszowy własnego wyrobu
3. Dolma
4. bigos wegański
5. sałatka Kaczy Żer z wegańskim majonezem
6. pierogi z kapustą i grzybami
7. pierogi ruskie
8. pasztet z zielonego grochu
9. risotto na arabską nutę
10. sałatka buraczano-zieniaczana
11. sushi wegańskie
12. chrzan z majonezem :)

nie policzyliśmy słodkości:
1. tarta z jagodami amerykańskimi
2. piernik z kremem i aromatycznym nadzieniem 
3. mince pies
4. irlandzka babka świąteczna z rodzynkami 

zawsze na święta stwierdzamy, że bigos powinniśmy robić częściej.
a teraz i Dolmę będziemy robić częściej.
w czasie świątecznych zakupów dostrzegłyśmy potrawę z nudlami stir fry...
a że mamy nudle jaglano-ryżowe, to na drugi dzień i ta potrawa znalazła się na stole.
i też będzie gościć częściej, bo smakowała nam niezwykle.
no i chyba trzeba by kupić woka :)
w tym roku już wegańskie święta były po prostu normalką.
już nie wyobrażam sobie innych.

a znacie powerball?
ta zabawka do ćwiczeń mięśni rąk, palców, nadgarstka zdominowała nam święta.
no i oczywiście filmy, nasza rodzinna miłość.
projektor od rana do wieczora :P
polecam bardzo parę filmów:
-dziewczyna i chłopak, wszystko na opak: http://www.playtube.pl/51127-flipped-2010-lektor.html
-



niedziela, 22 lipca 2012

pół roku weganizowania

minęło już.
na razie od strony kuchennej wyrabiam się.
tzn. z pasją znajduję nowe smaki a starym szukam zastępców.
w sumie większość posiłków wygląda po staremu.
wciąż robimy bigos i jemy go z ziemniaczkami trzy dni, bo codziennie jest smaczniejszy.
wciąż zapominam mu zrobić zdjęcia.
placki mączne i wszelkie drożdżowce bardzo często nas cieszą z nowymi owocami lub syropami.
przejście na weganizm zaowocowało też pozostawieniem cukru zarówno białego jak i brązowego.
zamiast cukru używamy syropów z agawy lub koncentratów z jabłek. cukier brązowy nie jest wcale dużo lepszy od białego pod względem zdrowotnym. naczytałam się o "zdrowych stulatkach" i cukier postanowiłam wyeliminować. o wiele mniej też solimy, smak się jakoś tak wyostrzył, że czasami bez soli wydaje się być nawet lepsze...  nawet lody wegańskie smakują mi tak mocno jak te tradycyjne, a lody są moją wielką miłością... powoli zaczynam czuć się pewnie, zaczynam odkrywać własne pomysły na połączenia smakowe, powoli czuję się jak wcześniej w wegetariańskiej kuchni. jeszcze kwestię serów wegańskich trochę rozbuduję, poeksperymentuję. pasty do chleba mam opanowane na 120%. i smoothiesy :) codziennie rano smucisek. Marcel zjada pół kubka. jeden dzień z zielonym drugi z siemieniem lnianym i tak w kółko. dodając wciąż nowe owoce sezonowe i wszystko zielone co się da kupić i znaleźć na polach. zupę pokrzywową chciałabym robić częściej, ale pozyskanie składnika nie jest takie proste. auto stoi nienaprawione, a ja do lasu nie jeżdżę. las...rozmarzyłam się o lesie, a miałam o początkach weganizmu pisać...no początki są ok, radzimy sobie i w zasadzie chyba wielka niewiadoma jest już wiadoma, czyli świat smaków i kolorów stoi otworem...tylko mieszać, smakować i eksperymentować :)

sobota, 7 kwietnia 2012

wegański zakalec :)



jak widać wychodzą piękne zdjęcia jegomościa zakalca
robiłam według przepisu swojego na ciasto z bananami
ale dodać chciałam marchewkę, by było jak carrot cake
czyli takie z cynamonem i gałką muszkatołową
jakie błędy popełniłam:
1.dodałam soku pomarańczowego, bo chciałam by było luźne i wyszło za luźne
2.prawdopodobnie marchew też puściła soki
no i czekoladę też dodałam na wierzch, lekko mieszając- to raczej nie spowodowało zakalca, ale innowacja się zdarzyła...no święta w tym roku pod hasłem NICNIEROBIENIA, włącznie z nicnierobieniem w kwestii dań świątecznych. pierwszy raz zdarza mi się taka "wolność" i tu jeszcze ciasto nie wychodzi...chyba będzie dziwnie u babci na świątecznym śniadaniu wegańsko przetrwać, jajek nie zjem, ani ciast tradycyjnych, ani sałatki, bo z tradycyjnym majonezem będzie...świat dla weganina, który nie ma ochoty na robienie jedzenia nie jest za bardzo przyjazny...pozostanie jedzenie orzeszków, rodzynek, pistacji, wafelków z pieca, sucharków beskidzkich, chipsów i może w efekcie jakiegoś brokuła wrzucę jutro do parowaru, żeby się nie przemęczyć, zobaczymy jak się uda ten eksperyment...a na razie ciasto zakalec znika jak widać...w smaku jest pyszne, takie trochę jak modroklejek, trochę wilgotne też, bez cukru i z orkiszowej mąki więc samo zdrowie... ogólnie fajne jest...czyli wesołych świąt with the compassion, uwielbiam to słowo...ze współczuciem znaczy...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

teoria straty

Mam taką może słuszną może niesłuszną teorię...
Od dłuższego czasu zastanawiam się nad Wit.B12 i nad weganizmem, a że nie podchodzę lekce do spraw to i tę sprawę rozpatruję ostrożnie, poważnie, dogłębnie zanim osiągnę punkt decyzyjny...Może gdybym nie karmiła i nie miała dziecka na wyżywieniu, to bym się tak długo nie zastanawiała. A tak się zastanawiam i moje zastanowienia wyglądają następująco:
1. Szukam naturalności, bo uważam, że Natura wie najwięcej o nas, ludziach.
Wychodząc z tego założenia gdybyśmy mieli jeść mięso, to byśmy byli wyposażeni we wszystko do złapania go, zabicia i obróbki jeśli takowa byłaby potrzebna. Czyli potrzebowalibyśmy mocnych, ostrych pazurów-do złapania zwierzątka, choćby najmniejszego; mocnych, ostrych zębów- do podgryzienia mu gardełka; no i teraz zależy na jakie zwierzątko byśmy polowali to potrzebowalibyśmy albo mocnych, szybkich nóg do biegania itd itd...no a tego nie mamy. Natura nas w to nie wyposażyła ani Bóg też nie wyposażył.
2. Sprawa zabijania. Gdybyśmy naturalnie mieli zabijać zwierzęta do jedzenia, to na widok takiego zwierzęcia nadającego się na jedzonko byśmy się zwyczajnie ślinili. Adrenalinka podchodziłaby nam pod mózg, wierciła w rękach i nogach, gotowa w każdej sekundzie do odpalenia myśliwskich atrybutów. A ja na widok zwierzęcia choćby najmniejszego mam ochotę je pogłaskać, choćby to był kociak duży lub mały, mam ochotę porozmawiać jak z psem czy świnką, czy z koniem czy z krówką. Zauważyłam że większość ludzi mówi albo na głos albo w myślach do zwierząt. Po co? Czyżbyśmy  czuli, że one są w stanie nas zrozumieć?
Nie byłabym w stanie zabić gołymi rękami żadnego zwierzęcia. Widok krwi napawa mnie czymś dalekim od ślinienia się, napawa mnie wstrętem, torsjami, jakimś wewnętrznym kamieniem w żołądku. A nawet jakimś narzędziem typu nóż trudno mi było kiedyś pokroić mięso (już zabitego przez kogoś innego) zwierzęcia. Trudno mi jest wytrzymać zapach w sklepie mięsnym. Jest odrażający. Ohydny.
3. Gdyby było naturalnym zjedzenie mięsa, to myślę, że byśmy umieli to mięso zjeść na surowo. A podobno nie ma większego siedliska robaków niż surowe mięso. Może dla robaków rzeczywiście jesteśmy dodatkowym gatunkiem zapewniającym im przetrwanie :) Ale dla nas, ludzi to nie jest dobre szukać źródła robaków. Ostatnio co światlejsi lekarze biją na alarm, że każdą chorobę powinniśmy leczyć zaczynając od odrobaczania chorego. Robaki nas zżerają po prostu.
4. A sprawa Wit. B12? Czemu jej nie ma nigdzie oprócz mięsa? Znaczy jest w śladowych ilościach. Hm...HM...hm...jedyne co mi przychodzi do głowy to, ze przez tyle pokoleń mięsożerców może nasze organizmy straciły umiejętność produkowania jej samemu? Może braliśmy ją z innych źródeł, o których dziś nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć? Może wcale nie jest nam ona tak potrzebna jak naukowcy piszą?

Pamiętam, że jak jadłam mięso, to w mojej głowie królowały takie myśli, że zwierzę typu świnia jest nieczysta, tłusta, głupia. A kury to już w ogóle głupie stworzenia, które podobno głupieją jak się im ustawi rządek ziaren i nagle się go rozwidli, że nie potrafią wybrać, które ziarno: lewe czy prawe skubnąć pierwsze. Krów to się wręcz bałam, że potrafią człowieka zdeptać żywcem. Nie wiem czy cokolwiek z tych myśli było choć trochę uzasadnione. Ale dziś, po 4 latach niejedzenia mięsa to kura, świnka czy krówka czy nawet ryba wydają się być dla mnie takimi samymi współistnieniami jak ja sama. Nie wydaje mi się bym miała jako człowiek jakiekolwiek prawo do wyzyskiwania innych istnień, Jak myślę o cielęcinie, to widzę ciało dopiero co urodzonego istnienia. Skoro mam do wyboru całą paletę roślin, na widok, których ślinię się z apetytem i wyciągam wysoko ręce w nadziei zerwania jakiegoś soczystego jabłka to po co mam iść do śmierdzącego sklepu po mięso? Kanapki robię z pasztetami i pastami i fascynuje mnie to, że za każdym razem mam zupełnie nowy smak. A kolory warzyw i owoców są tak upajające jak żaden widok mięsa w całym Królestwie Zwierząt. Nie wydaje mi się, żeby Jezus mógł jeść zwierzęta. I jego uczniowie. Ktoś tak szeroko kochający i tak szeroko pokojowy nie mógłby chyba. Ja nie jestem tak szeroko kochająca...ale nawet picie mleka wydaje mi się niehumanitarne. Czy chciałabym doić moją mamę do sześćdziesiątki by całe życie dawała mi mleko?  A skoro nie, to z pewnością mleko nie jest mi niezbędne do życia. Lub na pewno nie taka jego ilość jak statystyczna sprzedaż na głowię. Podkraść jakiejś krówce trochę mleka może nie byłoby wielką zbrodnią...ale po co? Pamiętam smak mleka prosto od krowy jak pierwszy raz wypiłam takie mleko. Było ohydne. Potem się przyzwyczaiłam, bo mówiono mi że zdrowe...A kozie mleko to w ogóle porażka tak na pierwszy raz. Czy jakikolwiek nowy owoc lub warzywo w moich ustach wywołało podobne odczucia? Raczej nie pamiętam.
Straciliśmy jako ludzie zdolność rozpoznawania. Ufamy naukowcom, badaniom, kazaniom, wykładom, a własnemu instynktowi, własnemu doświadczeniu, własnemu wglądowi, własnemu smakowi, własnym wnioskom,własnym odczuciom? Chyba nie bardzo? Straciliśmy zaufanie do samych siebie. Straciliśmy zdolność produkcji Wit. B12.
Daliśmy sobie wmówić wiele kłamstw.
Tylko, że powrót jest w zasięgu ręki.
Jesteśmy jak ptaki, którym wmówiono, ze nie posiadają skrzydeł i nie potrafią latać.
Były epoki w dziejach ludzkości, kiedy jeden człowiek z racji urodzenia uzurpował sobie prawo do wyzyskiwania innego człowieka...Przemysł mięsny ukrywa przed ludźmi metody produkcji mięsa i tylko dlatego ludzie tak masowo kupują mięso, nieświadomi w jaki sposób traktujemy naszych "braci mniejszych", mówiąc za  św. Frankiem...
Strata ogromna...tyle istnień...

Mama

sobota, 31 grudnia 2011

Udało się !!! prawie...

prawie...Więc nie wiem czy cieszyć się bardziej z tego że udało się wegańskie święta zorganizować, czy bardziej płakać że prawie...ale od początku...

Dań było tradycyjnie 12 :)
Tylko że u nas w domu liczyło się nawet chrzan z majonezem...tym razem ze śmietanką sojową.
Okazuje się ze można...
Zrobiłam wraz z rodziną:
-Bigos z kiełkami cieciorki, trochę kwaśny wyszedł, ale jedliśmy go dzielnie do ostatniej łyżki...
-Farsz do pierogów z kapustą i grzybami wyszedł boski, choć z tej samej kapusty, widocznie grzyby polskie pochłonęły nadmiar kwaśności...lepiło nam się pierogi w doborowym towarzystwie:Wojtuś, Kacper, Maja, Dora, Rena-butelką wałkowała ciasto i wycinała kieliszkiem krążki, reszta dzielnie lepiła i lepiła :)
-Ryba po grecku bez ryby, to był nasz sejtan z greckim nadzieniem, rewelacja, nie smakował jak ryba, choć jak się tak mocno wczuliśmy w smak to sos grecki nadawał tej potrawie tak tradycyjny smak, że ho ho...
-Sushi...rewelacja...nadziewane ogórkiem, avokado, papryką czerwoną i żółtą z sosem sojowym, imbirem i wasabi, po prostu strzelało wasabi w mózg ostrością i wymienialiśmy tylko spostrzeżenia w którą część mózgu ;)
-Makowiec o dziwo wychodzi wegański, bez jajek i mleka jak żywy, z pół kg mąki wyszły dwa wielkie makowce...jemy je do dziś...
-Tiramisu...wegańskie całkowicie, jednak foremkę mieliśmy większą, co sprawiło że warstw było mniej, ale krem waniliowy pięknie to ciasto uszlachetnił, sama chyba zjadłam całe...tak mi smakowało, inni chyba nie zdążyli...
-Chrzan też liczymy...
-Opłatek też liczymy...
-Barszczyk oczywiście rewelacja jak co roku był wegański :)
-Gołąbki wegańskie, takie jak nasza babcia Władzia robiła specjalnie dla nas wegetarian od paru dobrych lat...
-Rizotto z farszu do gołąbków, bo wyszło za dużo z grzybami mun, bo tylko takie już w sklepie były...
-No i Sałatka tzw. ''kaczy żer'' czyli drobno pokrojone w kosteczki warzywka typu ziemniak, marchew, pietruszka, seler, ogórki kiszone i jabłko i nie brakowało nam tam w ogóle jajka, sałatka wyszła z misek pierwsza :) ale nie była wegańska, zabrakło majonezu wegańskiego w sklepie i nie daliśmy rady bez majonezu...i to jest to PRAWIE...

Jak na pierwsze wegańskie święta to chyba duży sukces... co najmniej trzy osoby, które jedzą mięso spędzały całe święta razem z nami. Dla mnie to było całkowicie nowe doświadczenie i dość sporo pytań czy się uda...Taki sukces z wyrzutem sumienia...małym w skali świata a dużym w skali empatii...Zawsze wolę patrzeć na te tzw. plusy, ale tym razem ten jeden minus nie daje mi spokoju...Czytanie pisma o narodzeniu Jezusa jak co roku, 12 potraw jak co roku, ale prawie wegańsko pierwszy raz, bez ryby pierwszy raz...Idzie Nowe...czuć to...Wegetarianizm i weganizm nie jest już dziś tak wielkim dziwactwem jak był 20 lat temu...to wielki sukces szerzący się powoli...i sukcesywnie...i oby tak dalej...

Mama

niedziela, 11 grudnia 2011

Inteligentna maso

Jak Ty możesz na to pozwolić? Jak śmiesz? Maso.

O życiu teoretycznie

Chciałabym coś napisać. Tylko jak. Życie już do mnie nie mówi jak kiedyś. Jest inaczej. Piszę wypracowania o społeczeństwie polskim i postaciach metafizycznych w Makbecie i Nie-Boskiej Komedii. Czytam książki, które raczej mnie nie interesują, rozwiązuję matematyczne problemy i uczę się myśleć schematem, uczę się myśleć kluczem, moje pisarskie tworzywa przebiegają zgodnie z planem interpretacji i analizy, punkt za punktem, a, b, c, d. Tracę punkty, gdy zapomnę, a przecież wszyscy, wszyscy wciąż powtarzają mi, żebym starała się stracić najmniej, żebym skupiała się na tym, by nie tracić. Wskazówki, które dostaję od doświadczonych ludzi. Żeby myśleć tak jak oni też nauczyli się myśleć. To takie bezpieczne, tłum, który chowa się sam za sobą, wszyscy nieodpowiedzialni, zjednoczeni w racji, pewni. Pewni, bo popierają ich całe masy, masy, masy-niczego. Quasi-świadomi, a już na pewno zadowoleni. Przecież wszystko dzieje się dobrze, mamy samochód i domek na przedmieściach, jesteśmy szczęśliwi. Wszyscy zdają sobie sprawę ze swojego niewolnictwa i wszyscy narzekają na nie, ale każdy i tak brnie dalej. Ja nie wiem jak żyć. Życie nie miało dla mnie nigdy szczególnej wartości. Może dlatego jestem przeciwna tak wielu "normalnym" rzeczom jak jedzenie mięsa, chodzenie do kościoła co tydzień i dukanie regułek, awansowaniu. Może jestem za bardzo nieprzywiązana do tego ziemskiego trybu życia, może moje życie towarzyskie jest zbyt ubogie i nie potrafię mówić tego, co inni chcieliby słyszeć, nie potrafię zagajać rozmowy o niczym, nie rozmawiam, gdy nie jest to konieczne, przez większość czasu w szkole stoję. Przy kaloryferze i grzeję tyłeczek. A wszyscy paplają i paplają... I poprawiają te oceny i liczą sobie średnie i jak pani mówi, że zasłużyliśmy na jedynkę to zasłużyliśmy... I odburkniemy coś pod nosem, no ale zasłużyliśmy, zasłużyliśmy. A jak coś powiem to potrzebna jest interwencja rodzica, zasłużyłam, zasłużyłam... Maturzyści. O takich jeszcze nie słyszała. A my jesteśmy jak wszyscy inni. Idziemy w górę, uczymy się, zdajemy, realizujemy program. Tylko ja jakoś nie mogę. Odrzucam wszystko i wszystkich, tak wiele osób myśli, ze jestem przyjaciółką, a potem mają pretensje, że się nie angażuję i nie pytam jak impreza była szalona. Jak ja nigdy się nie angażowałam, po prostu odpowiadałam i nie odsuwałam się, gdy mnie przytulali. Właśnie nie wiem o co chodzi z tym przytulaniem. Chyba prawdziwą moc ma tylko uścisk z matką, wtedy zawsze coś czuję. Moc. Siłę naszej miłości. Kiedy przytula mnie mój mężczyzna czuję bezpieczeństwo. Ale to trzymając matkę w ramionach tak bardzo uderza mnie nasza więź. Kumuluje się w moim sercu.
Ta notka miała być zupełnie o czymś innym. Mama powiedziała mi o profilu na facebooku, który nazywa się nie inaczej niż Jebać Wegetarian i Wegan no i zawsze gdy patrzę na takie coś to odzywa się we mnie instynkt mordercy. Ale i tak wiem, że nie ma co się odzywać, bo masa uszu nie ma. Przecież masa ma rację. Przecież jej są miliony. Przecież takie duże poparcie. Przecież ludzie są tak bardzo inteligentni. I ta inteligencja daje nam uprawnienia do sprawowania władzy nad innymi. Siostrami Świniami i bratem Koniem. Czyż ludzie naprawdę inteligentni byliby w stanie... ech.
Ale ojciec Michał powiedział mi. To mój wybór. Że widzę? 

Maja

piątek, 2 grudnia 2011

Sutra o ciele syna

  

wrzucę tylko tą opowieść Buddy, bo ostatnio duży wpływ wywarła na moje życie...żyjemy, chłopaki rosną, niedługo dalsze zdjątka i refleksje...siedzą już na nocnikach, czworakują, dokazują, że ho ho...a na razie ta sutra o ciele syna...zdjątko będzie też...


 Młodzi małżonkowie  wyruszyli wraz z trzyletnim synem w drogę przez rozległą pustynię, aby dotrzeć do innego kraju, w którym mieli nadzieję znaleźć azyl. Nie znali terenu ani nie orientowali się, jak długo potrwa ta wędrówka, toteż w połowie drogi skończył im się prowiant. Wtedy zdali sobie sprawę z tego, że bez jedzenia nie mają szans dotrzeć do celu i że wszystkich troje czeka śmierć. Po długiej bolesnej naradzie rodzice zdecydowali się uśmiercić  synka, żeby móc  żywić się jego ciałem.  Codziennie zjadali mały kawałek, żeby mieć siłę i iść dalej, a resztę nieśli na ramionach, żeby schła w słóńcu. Każdego dnia po zjedzeniu kawałka ciała syna patrzyli na siebie nawzajem i pytali: „Gdzie teraz jest nasze kochane dziecko?”

   Opowiedziawszy tę tragiczną historię, Budda popatrzył na mnichów i zapytał:”Czy sądzicie, że tamci dwoje czuli się szczęśliwi, jedząc ciało swojego syna?”. Mnisi odpowiedzieli:”Nie, Czczony Przez Świat. Ci dwoje na pewno cierpieli, gdy przyszło im jeść ciało własnego syna”. Budda udzielił im następującej nauki:”Drodzy przyjaciele, musimy wprawiać się w jedzeniu w taki sposób, żeby zachować w sercu współczucie. Musimy jeść z uważnością. W przeciwnym razie może się okazać, że zjadamy ciała własnych cieci”.







Mama

sobota, 1 października 2011

Sen nocy jesiennej... :)



Myślę,, że warto zastanowić się nad jednym snem. Jest bardzo znamienny, bardzo odzwierciedla mnie i jest w nim wątek, który można potraktować na wesoło.

Oto sen:

Mój Kacper zwiedza świat  kapsułą. Podróżuje sobie po morzach i oceanach i w kosmosie także. Na morzach śledzi migrujące delfiny a w kosmosie sobie beztrosko  lata. I podczas gdy nasza wiedza na temat nieskończoności świata jest oczywista, że istnieje galaktyka za galaktyką, to Kacper natrafia na granicę naszego świata. Ale sztuczną granicę. Wytwarza ją pewna kapsuła. Jak z „Seksmisji”: jest ściana, ale plastikowa i generuje ją kapsuła stojąca obok. Kacper gra tu rolę bohatera światowego, niczym Bruce Willis ratujący świat przed asteroidą. Cały swiat debatuje czy Kacper ma usunąć  tę granicę czy ją zostawić. Jedni mówią, że lepiej zostawić, ponieważ nie wiemy co jest po drugiej stronie i jeśli tą granicę ustanowili jacyś  Obcy, to na pewno nas przed czymś chroni. Inni są za likwidacją tej granicy i ustanowienem nowych układów z Zewnętrzem. Wszyscy spodziewają się rewolucji. I tu następuje lekki wątek komediowy, ale jednak bardzo poważny wciąż. A ja im wszystkim mówię tak: „Musimy tą kapsułę zlikwidować, nie chcecie wiedzieć, kto ją wygenerował? Kto nam to zrobił? Dlaczego jest ustanowiona ta granica? Chcecie być jak te krowy, które są jedzone przez ludzi? One nawet nie wiedzą, że ludzie je hodują dla ich mięsa, nie wiedzą, że idą na rzeź, nie wiedzą, że ludzie je wykorzystują. Chcecie być jak te krowy?” No i postanowili, że Kacper zniszczy tę granicę. Czekaliśmy wsyscy co będzie dalej. Byliśmy przygotowani na rewolucję. 


No i ? Czy chcę być jak taka krowa czy owca prowadzona na rzeź, „nie wiedziałem, że powzięli wobec mnie zgubne plany” to cytat z Biblii, ale dokładnej lokalizacji nie pamiętam. Jakie granice przekraczam? Kacper jest tu przedstawicielem ludzkosci. Ma 10 lat, a wie jak zniszczyć kapsułę, która sztucznie generuje granicę naszego świata. Dziecko dziesięcioletnie burzy granicę świadomości. Do tej pory miałam świadomość, że inny świat nie istnieje, a ten który istnieje jest nieskończony. Czyli istniała nieskończoność mojej ograniczoności. Uwięzienie w świecie dzecięcym, w świecie dziesięciolatki. Jeśli istnieje jakiś inny świat, to ja teraz mam odwagę i gotowość go poznać. Jeśli ktoś mnie do tej pory wykorzystywał, to ja jestem w stanie teraz się mu przeciwstawić, zrobić rewolucję w moim życiu. Pozwoliłam mojej córce robić pierwsze kroki w świecie Dorosłych i ona je naturalnie robi, a ja? Okazuje się że ja robię to samo w tym samym czasie. To ja wchodzę w świat Dorosłych. To ja zrobię niedługo pierwszy krok. To ja jestem gotowa także.  Stać u progu, widzieć go, być właśnie na przejsciu... niesamowita chwila...Gabryś niedługo pewnie zrobi pierwszy krok. Ciekawe czy to zobaczę. Cud pierwszego kroku. Pamiętam do dziś to uczucie jak Ty zrobiłaś pierwszy krok przy babci. A ja wróciłam z wyprawy po jaskini i babcia z daleka krzyczy:stój tam gdzie jesteś!, więc stanęłam. A do Mai powiedziała: idź do mamy i poszłaś bez wahania... i szłaś tak jeden krok za drugim, a ja patrzyłam zatrzymana w przełomie Twojego życia. Zatrzymana na zawsze w tym uczuciu wiekopomności, jakby to powiedział Pawlak J  tak bez wahania ruszyć... już teraz nie do mamy, ale w inną stronę... bez wahania...bez cienia wątpliwosci...bo jestem przygotowana, bo to jest Ten Moment...przekroczyć próg beznadzieji...to chyba też cytat, ale chyba już mój własny, sprzed 10-ciu lat. Miłego...




ten piękny byczek na pewno chciał być na blogu...
parę lat temu zrobiłam mu zdjęcie na wzgórzach Irlandii...
gdzie krowy i byki są hodowane na mięsko,
wydaje się że mają świetne życie...
pasą się na zboczach ...
nie wiedząc...
że wołowina irlandzka...
jest jedną z najlepszych na świecie...
van Gogh też nie wiedział, że jego obrazy,
będą wśród najdroższych na świecie...


Mama z byczkiem i van Gogh'iem :)