Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anatomia rozstań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anatomia rozstań. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2012

Nie ma miejsca dla mnie

Choć nikt nas nie zmuszał,
zbudowaliśmy barykadę 
pod ostrzałem. Anna Świrszczyńska



A budując wspieraliśmy się. A budując nie myśleliśmy o przyszłości, która celuje w nas z karabinu. I rzeczywiście nas nikt nie zmuszał, oprócz nas samych. Jak długo można brnąć w coś ślepo? Jak długo można mówić, że będzie dobrze, jeśli jest źle? Ale ona już poszła. Przemknęła przez ścianę, przez główną ulicę. Nie wyszła na spacer, pożegnała się. Płakałyśmy. Przytuliłam ja mocno do serca. Mam nadzieję, że nie będzie długo błąkać się po ulicach, aż znajdzie inne lokum. Nie mogła zostać. Przeszywać mnie nadal swoim desperackim wzrokiem. Poniżyłam ją. Bolałyśmy. Zbyt dużo żywiołu, byśmy mogły w uścisku drzemać pod kurzem. 


Kuleję, ale pójdę. Na tej podłodze nie zostawię już błota.
Żeby nie znalazła mnie po śladach. I prosiła, żebym jej znowu dała dach nad głową. 
Nie ma miejsca dla niej.

czwartek, 23 lutego 2012

Bo my

nie musimy już dzielić się powietrzem.


Jak można żyć? Jak można tyle nie śnić. Jak można wypełnić puste miejsce, kiedy tylko jedna osoba w nie pasuje. Wszyscy inni niekształtni, zdeformowani, tylko on jeden, tylko jeden człowiek. I nieważne ile lat. Czy zmalał czy wyrósł. Czy przytył czy nie. Czy serce się w sobie zamknęło. A Ty Boże każesz żyć z dziurą. W plecach, czy na udzie, szyi, gdzie dotykał. A Ty Boże chciałbyś nosić za małe szpilki? A Ty Boże chciałbyś wpychać na siłę kogoś, kto nie pasuje. Jak schudnę to miejsce na niego nie zrobi się inne. Jak miną lata. Jak będę całować innych. Jak pokocham, cokolwiek, będzie mi się wydawać. Miejsce na ciebie nie zrobi się inne i ty w mojej myśli nie zrobisz się inny. I nie zmieni się nic, choć nie wrócisz. 
I nie zmieni się nic.

wtorek, 3 stycznia 2012

Nie umiem nazwać

Jak mam o tym powiedzieć. Nazwać. Wszyscy w kółko pytają się mnie, jak się czuję. Nie wiem. Nie wiem. Policjant każe opowiedzieć mi zdarzenie. Nie pamiętam. Nie pamiętam. Uderzyliśmy w drzewo? My? Czy słyszałam trzask? Nic nie słyszałam. Nie czułam uderzenia. Nie byłam tam. Nie wierzę. Przecież to mógł być sen. Ale zamiast się obudzić, wysiadłam z samochodu. Był mróz, wszędzie biało, a jednak droga była sucha, nie było ślisko. Wszyscy płakali i krzyczeli, dzwonili na pogotowie, a ja po zastanowieniu wróciłam do samochodu wyłączyć silnik... Dalej czekałam. Dalej czekałam czy coś wybuchnie, czy się spalę, czy może jednak drzewo runie na mnie i zmiażdży, czy okaże się, że gdzieś krwawię i umieram. Czy może już umarłam... Nie rozumiałam co się dzieje i widziałam ciągle tylko moment otworzenia oczu, moment obrzydliwego przerażenia, bezsilność, jedną myśl: czy ja zaraz umrę. Czy odejdę. Nie myślałam o przekleństwach, o imieniu Boga, myślałam czy to koniec... I zatrzymaliśmy się, wujek spytał się mnie: "co się stało"? I wybiegł do drugiego samochodu. Potem pamiętam wszystko. Moment otworzenia drzwi, moment, gdy wysiadałam, gdy zbliżałam się do dziewczyny stojącej obok drugiego samochodu. Słyszałam krzyki, płacze, telefony na pogotowie. Ludzie zatrzymywali się i pomagali. Wróciłam do samochodu i zadzwoniłam do Ciebie. Potem do Wojciecha. Potem do ojca. Potem do Karoliny. Potem telefon mi padł, byłam sama. Kazali mi siedzieć w samochodzie, gdzie przeżywałam katusze. Jak wychodziłam, kazali mi wracać. Strażacy pytali ciągle czy dobrze się czuję. W końcu poczułam się źle. Zdołałam napisać tylko do ojca, że jadę do szpitala. I byłam tam. Zajmowali się mną dziesięć minut, a czekałam trzy godziny. I nie napisali mi na papierach, że pilne. Teraz są dla mnie miejsca u neurologa za trzy miesiące. Moje plecy bolą. Żyję w innym świecie. Zmagam się. Próbuję coś czuć, żeby odpowiadać, ale nie czuję. Próbuję jeść. Nie umiem spać, majaczę, budzę się z wyciągniętymi rękoma, ustami w pół słowa. Miałam tyle szczęścia. Teraz muszę pozbierać swoje uczucia i siebie, poprzyklejać do siebie kawałki samoświadomości. 
Nauczyć się kochać życie.


Maja

poniedziałek, 2 stycznia 2012

tak płakaliśmy "rozstaniotomią" a tu jeszcze ryps...

Jak runęło na nas...Człowiek sobie żyje, ratuje zwierzęta, stara się żyć najlepiej jak potrafi, a tu nagle wypadek. Wypadki zawsze zdarzają się innym, a nie nam. My przecież jeździmy ostrożnie, dostosowując jazdę do warunków na drodze, jesteśmy przewidujący i z wyobraźnią na drodze, myślimy nawet za tych którzy na drodze nie myślą i co z tego? Auto z niewyjaśnionych przyczyn zaczyna tańczyć na jezdni. Najpierw obrót 360st. potem lekko drzewko i obrót 180st i staje w poprzek jezdni, żadnego auta nie dotykając. A inni mieli mniej szczęścia. wpadli w rów, przód cały wgnieciony. Wujek ich wyciąga z auta, resztę robią strażacy, wycinają auto po kawałku, by dostać się do człowieka, który ma chyba miednicę w nieciekawym stanie. I ty na to patrzysz, dzwonisz do mnie:
-Mamo, mieliśmy wypadek.- roztrzęsionym głosem. Mnie się nogi uginają.'' Boże, moje własne dziecko. Wolałabym być tam za ciebie''
-Ale nic nam się nie stało, tylko ten drugi samochód, tam jest osoba w złym stanie, nie można jej wyciagnąć ze środka. Moje łzy w oczach, tak mi ich szkoda i mówię jakby bezsensownie:
-To rozmawiajcie z nią, mówcie do niej.
Potem telefony do kuzynów, znajomych, babci i kogokolwiek kto by mógł tam podjechać. Potem długie godziny czekania, aż Policja zmierzy ślady. Potem Twoja rozładowana komórka. Potem jednak wzięli Cię do szpitala i czekanie na diagnozę. Po pięciu godzinach byłaś u kuzynki w domu.
Czy dopatrywanie się sensu w takich wypadkach ma jakieś znaczenie? czemu wy wyszliście cało a tamci nie? czemu nie wiadomo co się stało? czemu musiało tak dokopać, kiedy tak ciężko  było się rozstawać i jechałaś z żalem, że nas zostawiasz w Dublinie i wszyscy płakaliśmy, że się rozstajemy. Rano jeszcze z Kacprem płakaliśmy w łóżku, że już poleciałaś. Kacper płakał strasznie. A jak zadzwoniłaś, że wypadek ale jesteście cali, to jakby szczęśliwiej się zrobiło, bo dziękowaliśmy Bogu i wszystkim Aniołom, że jesteście cali i modliliśmy się za tamtych, by udało się ich poskładać.
Dzielna byłaś, choć Ty pewnie myślisz, że nie.
Nadal będziemy jeździć ostrożnie, dostosowując jazdę do warunków na drodze, będziemy przewidujący i z wyobraźnią, będziemy myśleć nawet za tych którzy na drodze nie myślą...

Wolałabym być tam za Ciebie, żeby oszczędzić Ci stresu i bólu. Ale niestety Bóg nie przewidział takiej opcji by przeżyć życie za własne dziecko. Teraz będę się wzmagać już nie tylko ze swoim dorosłym życiem, ale i z Twoim dorosłym życiem. Choć dla mnie zawsze będziesz malutką Majusią. Kochana.

poniedziałek, 19 września 2011

Tak na Ciebie czekałam


Braciszku, tak na Ciebie czekałam:

Życie, które skrywasz się pod sercem mojej Matki. Drogie Życie, chciałam Ci powiedzieć, że na Ciebie czekam. Nie od początku czekałam, ale teraz bardzo tęsknię. Marzę o Twoich malutkich rączkach, o cichutkim głosiku, niezdarnie przebijającym się do rzeczywistości. Życie, nad którym chcę czuwać. Dla którego chcę żyć i być jak najlepsza. O które walczyć będę jak rozjuszona lwica. Obronię Cię przed każdym strzałem z nieba, Boże, nie waż się skrzywdzić tego Życia. Ono jest nadzieją, jest światłem, świecącym wśród tej strasznej ciemności, nienawiści, nieszczęścia. Życie jest szczęściem, jest wszystkim. Życie jest cudem, jest biciem serca, jest samym sercem. Jest sercem cudu. Nie pozwolę Cię skrzywdzić. To już siedemnasty rok bez Ciebie, tyle czekam. Pokochałam Cię we śnie, gdy na dworze rozkwitał świt. Wiatr zmienił repertuar, kwiaty ukłoniły się nisko przed naszą wspólną historią. Czy świat miał świadomość, w którą stronę zmierza? Ja nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, że od tamtej nocy począwszy, nie będzie dla mnie dnia bez Ciebie.

Teraz patrzę na Twój uśmiech i cała się śmieję do Ciebie. Już widzę, jaki niesamowity jesteś i jak ważny dla mnie. Wiem, że czekałam na Ciebie. Mogłabym dać Ci wszystko. A wszystko dla mnie jest szczęściem, więc bądźmy szczęśliwi już zawsze, tak jak teraz. Śmiejmy się. Dziękujmy. Za dwa tygodnie wyprzytulam Cię, Maleństwo. Postaram się nie za mocno :)

córka i siostra

środa, 14 września 2011

Jestem substancją płynną, jestem stanem ciekłym

Odpływam z rzeką do morza. Jestem odpływem, spłukaniem, oczyszczeniem ustępującym miejsca brudowi. Odkręcam korek - najpierw wylewają się ze mnie rozwolnione rzeczywistości, potem wyskrobuję z bólem te, które zaschły. Widelcem, który mięknie oplatany moim gorącym wnętrzem pełnym niewystygłych żalów i pary frustracji. Jestem powietrzem kończącym na padole Ziemi. Jestem klejącą się do domu, do mamy, jestem tęsknotą i spływam po swoich policzkach dwóch i szyi, zaplątuję się o wolne piersi w za dużej koszulce. Nie rozbijam się o podłogę. Płynę tam, gdzie niżej i bliżej - środka Ziemi, apogeum kobiecości. Przeżywam życie na własność mi oddane, boleję braki matczynego ciała, jestem taka mała. Życie obejmuje mnie, bezwiednie wsiąkam w Ziemię, która mnie potrzebuje i mamy być razem, wspólne, istnieć symbiozą, ale Ty, Mamo, byłaś moim drugim ciałem i tym najpierwszym. Życie mówi do mnie duża, duża, duża, a ja malutka. Jak krople jestem, tęsknoty za kobietą mojego życia. Ciągle płaczę, kiedy nie mogę do Ciebie przypłynąć, stoję w miejscu, prąd mnie nie wyrywa, nie obijam się o brzegi, stoję jak głupia, jak nieja, nieistotnie, wbrew prawom natury, kamienieję jako woda. Chcę ruszyć do Ciebie, moje Matczyne Morze, przytulić Twoje wody...


 córka

niedziela, 11 września 2011

Zniszczalne

Nie rozumiałam tego do chwili, w której wyjechałaś. Przecież zawsze było mi ciepło i bezpiecznie, byłaś dla mnie, troszczyłaś się, wspierałaś. Zawsze wiedziałam, że mam taką swoistą powłokę ochronną w Tobie, że mnie owiewasz, oplatasz swoją obecnością, że zrobisz obiad, że kupisz mi bluzkę, że pójdziemy na czekoladę, że gdy wrócę ze szkoły to tutaj wszyscy będą i będzie dom. Jasne, w przebłyskach wiedziałam, ze ja się stąd wyniosę i założę swoją rodzinę, zacznę swoje życie - ale to było takie odległe i nieprawdziwe, że myślałam o tym jako o czymś, czego chcę, choćby w tej chwili, choćby teraz - przecież będzie fajnie! Teraz to się stało i nie lubię tego. Ciągle żyję przyszłością i myślą, że BĘDZIE fajnie... Wiem, że to piękny i naturalny ból, ale nie da się tego w stu procentach zrozumieć (znowu kwestia wiedzy i poznania). Wiem, że jest dobrze. Wiem, że wszystko się układa i ułoży się również w sądzie. Wiem, ale czasami jest mi przykro, kiedy patrzę na was. Chciałabym was przytulić. Kiedy się rozstawałyśmy (to było już tak dawno...), był to dla mnie prawdziwy koniec świata. Płakałam całą drogę do Warszawy, byłam cała czerwona, dwie paczki chusteczek dotrzymywały mi towarzystwa. Miałam w głowie same najgorsze myśli - że bez Was nie chcę mieć życia. Ciągle czuję się taka młoda i zbyt mała, by iść w życie. Jestem naprawdę malutka. Pocieszałam się tym, że wiele rzeczy mi się udaje, że jeśli czegoś pragnę to dostaję to. Wczorajszy egzamin zweryfikował moje uczucia i nie wiem już czego się łapać. Nie zawaliłam nigdy egzaminu, na którym mi zależało. Jednak nie jestem superbohaterką. Może to sprawa świadomości. Moja świadomość jest ostatnio w średnim stanie - wszystko się dzieje obok mnie, ten egzamin to też niespecjalnie wiedziałam, że trwa. Że zaraz wsiądę do samochodu. Jak usłyszałam, ze wynik będzie już negatywny to też nie wierzyłam, chciało mi się śmiać. A potem tylko płakać. Miałam ambicję. Na szczęście miałam przy sobie również kogoś, kto mnie kocha, fizycznie GO, duchowo WAS wszystkich... Nie mogę się doczekać, aż zobaczę Ciebie i Marcela, ciągle tak samo tęsknię i jest mi pusto.


Mamo, jestem chyba jednak zniszczalna.


córka

piątek, 2 września 2011

Rozstań anatomii lub rozstaniotomii dzień pierwszy, sekundy pierwsze





Nie jest to latwe. Ale też i nie najtrudniejsze na świecie, choć teraz właśnie takim sie wydaje.  Płakałam mocno w łazience. Najpierw chwile poleżałam w łóżku, ze zrozumieniem sytuacji... A potem zaczęły mi łzy lecieć z ogromnego żalu. Najpierw urodzisz takie małe cudowne stworzonko.... TRZYMASZ JE W RAMIONACH PRAWIE 24GODZ. NA DOBĘ.... Całujesz, głaszczesz z wielką przyjemnością... Rośnie na Twoich oczach. Stawia pierwsze kroki. Mówi pierwsze śmieszne słowa: jak „cipka” na śliwkę, „michujaj” na mikołaja, „dublelek” na wróbelka. A potem właściwie nagle staje się dorosłym człowiekiem. Ty już się taka dorosła właściwie urodziłaś. Z takim dziwnym wyrazem na twarzy, ze wszystko rozumiesz, tak jakbyś wszystko juz widziała, przeszła i wiedziała, że będzie dobrze, lub tak jak ma być, na to samo wychodzi...Teraz ja mam też dziwnie sprzeczne poczucie, że wszystko będzie dobrze i że to dla nas wszystkich jest dobre. Nasze rozstanie. A ta ogromna żałość w sercu, ból rozstania... nie miałam pojęcia, że tak ciężko będzie nam się rozstać.

Masz nowy, pierwszy wielki etap w swoim zyciu. I to już zaczyna być Twoje Życie. Nie moje. Do tej pory byłaś częścią mojego życia. Uczestniczyłaś w tym co Ci zgotowałam i co inni mi zgotowali. Nie miałam łatwo. Doświadczenia z mojego dzieciństwa odbijały się na Tobie. Często byłam nieobecna, choć tak bardzo chciałam być i byłam ciałem z Tobą. Jednak i tak cieszę sie, ze miałam taki zamiar i realizowałam go, by być z Tobą ciągle, najwiecej jak się ta, w sposób najlepszy jaki się w danym momencie da.  Teraz dane Ci jest zacząć swoje własne życie i mam dziwną pewność że zaczynasz bardzo dobrze. Mam wielką nadzieję, że udało mi się wyprostowywać wiele błędów, które popełniłam. Mam nadzieję, że Twoje życie ma szansę być normalnym, zdrowym życiem. Tego bym dla Ciebie chciała. O to walczyłam przez ostatnie 6 lat i wcześniej. Pokazując Ci panów w tv, którzy nie byli podobni do Twojego taty.  Zabierając Cię w gości do ludzi, którzy mieli normalne domy, zdrowsze rodziny, dobrych rodziców. Walczyłam wszystkimi sposobami, które wpadły mi do głowy. Szukałam tych sposobów i realizowałam je szybko, by nie tracić cennego czasu. I ten cenny czas właśnie się kończy. Nasz cenny czas. Mój cudowny czas z Tobą. Jesteś moim skarbem. Wciąż to czuję i wciąż to mogę powiedzieć. Jedyną córką. Mam jeszcze dwóch wspaniałych synów. I ten drugi chyba mi się trafił, żeby mi pomóc rozstać się z Tobą córeczko. A Tobie Wojtek się zdarzył, by pomóc Ci się rozstać ze mną.

Jesteś wspaniałym człowiekiem. Piękną, cudowną kobietą. Ambitną, ale nie idącą po trupach. Rozumiejącą potrzeby innych i ich drogę. Ale nie naiwną. Jesteś tym, kim ja się uczę od Ciebie być: odważną,, czujną, świadomą ludzkich niedoskonałości. Uczę się od Ciebie nazywać rzeczy po imieniu, zachowania ludzkie. Dzieki Tobie nazwałam ostatnio zachowanie mojego przyjaciela „chamskim”, bo takim było. Dzięki Tobie. Przyjaciele też się mylą. Ty też się nieraz pomylisz, więc miej do siebie wiecej wyrozumiałości. Jesteś prawie doskonała. Uwazaj na zdolność manipulacji (specjalnie nazywam to zdolnością, a nie wadą). Manipulacja prawie zawsze ma opłakane skutki, chyba że jest skierowana do porywacza, żeby zmanipulować go do uwolnienia zakładników. Ty właśnie tylko tak używaj manipulacji, lub miej świadomość jej skutków. Ja zawsze starałam się szanować Cię od najmłodszych lat. Pozwalałam Ci nosić ubrania, które w ogóle do siebie nie pasowały. A ty sama w ciągu dnia dochodziłaś do wniosku, ze to jednak źle dobrałaś. Może właśnie dlatego umiesz teraz tak cudnie dobrać ubrania nie tylko dla siebie, ale i dla mnie i dla innych. Pozwalałam Ci popełniać własne, małe, dziecięce błędy, byś się na nich uczyła. Więc nie czuję byś nie była gotowa do odejścia. Od najmłodszych lat uczyłam Cię dbania o siebie, samodzielności, odpowiedzialności, podejmowania skutów swoich działań. Robiłaś sobie śniadania gdy miałaś 7 lat w Starym Sączu jak mieszkaliśmy. Ubierałaś się sama od 3 roku życia. Na ul.Daszyńskiego jak mieszkaliśmy w Kętrzynie rano przygotowywałam Ci ubranko, żebyś po obudzeniu się nałożyła i Ty to robiłaś. Potem w szkole sama odrabiałaś swoje lekcje. Sama zaczęłaś lubić czytać książki. Ja Ci przy łóżęczku przed snem od pierwszego roku życia je czytałam. Tato też Ci czytał. Baśnie braci Grimm to były. W gimnazjum jak wrzuciłaś plecak koleżanki do kosza to pryznanie się do czynu i zmierzenie się z rzeczywistością było dla Ciebie najlepszą nauczką. Nigdy nie trzeba było Ci wymyslać wielkich kar. Zazwyczaj rozumiałaś co zrobiłaś. W dzieciństwie starczyło zrobić groźną minę, byś zaprzestała coś robić. Byłaś cudnym dzieckiem. Karmienie Cię piersią było moim cudownym doświadczeniem. Jak pierwszy raz w wieku 7 miesięcy zrobiłaś kupkę do nocnika, to już nie chciałaś potem robić tego inaczej jak tylko do nocnika. Musieliśmy od tamtej pory nosić ze sobą nocnik na szlak J masz wielki potencjał. Warto zainwestować w Twoje studia, więc warto kochana żebyśmy się rozstali wcześniej o rok niż to było w planach. Ten rok poświęcisz na naukę i uczenie się samodzielności, odpowiedzialności, organizacji pracy wokół siebie, może i babci Władzi coś pomożesz. Na pewno sprawisz, że nie będzie się czuła samotna. Żałuję że to nie ja będę z nią w tych latach. Ona jedna wspierała mnie w życiu i mam wobec niej wielki dług wdzięczności, który Ty możesz symbolicznie oddać.

Zazdroszę Ci (tak zdrowo), że masz mamę, która Cię wspierała, wspiera i zawsze będzie wspierać. Ja nie miałam nikogo takiego, kto pomógłby mi skutecznie w przeżywaniu własnego życia. Moja mama do tej pory mnie nie zna i stawia mi raczej kłody pod nogi niż pomaga przejść dalej. A ja wciąż mam nadzieję, że kiedyś będę miała prawdziwą matkę.

Ty we mnie wierzyłaś gdy odchodziłam od Twojego taty. Wierzyłaś że mi się uda. I udawało się powoli. Powoli. Ja też w Ciebie wierzę. Teraz będziemy wspierać się nawzajem. Ty jako dorosła osoba, choć też zawsze moja córka. Zawsze będę miała gotowość podania Tobie ręki, by pomóc Ci przejść przez wszystko czego będziesz doświadczać w życiu. Będę również szczęśliwa jeśli nie będziesz potrzebować czasem mojej pomocy. Będę szczęśliwa, ze sobie radzisz.

Teraz się rozstajemy. Przez najbliższe lata będziesz budować własne życie. Zbudujesz je, jestem tego pewna. A potem może to ja będę częścią Twojego życia. Chwilami lub na dłuzej. Zobaczymy. Czas pokaże. Widzę że Ktoś nas wielce kocha i czasem prowadzi nas drogą, której  nie znamy, jak teraz. Drogą, która jednak jest cudem. Tak jak cud narodzin Twoich. Tak teraz cud rozstania z Tobą. Jest cudem. Rodzić Cię też nie było łatwo. Ale dałam radę. I Ty dałaś radę przejść przez moją „śliwkę” J  Teraz też damy radę. Obie damy radę córeczko.

Dobrze by było żebyś miała w swoim życiu same takie naturalne problemy jak ten: rozstanie z matką. Wiem że mnie bardzo kochasz. Teraz wydaje Ci się że nie możesz beze mnie żyć. I to dobrze. Ta miłość do matki to Twój wielki skarb (ja tego nie miałam). Ta siła będzie Cię prowadzić przez całe życie. Masz taki skarb, z którego wagi i siły nie jesteś w stanie sobie teraz zdać sprawy. Ja też, ale tak czuję. Tak bardzo jak teraz wydaje Ci się że nie możesz beze mnie żyć, tak później będziesz umiała rozwiązywać swoje problemy samodzielnie, będziesz tak kochać własne dzieci, męża, ludzi. Pojemność Twojego serca jest nieograniczona, a ta miłość do matki to początek. Bardzo dobry początek. Ja nie umieram. Ty nie umierasz. Nasze życie się teraz cudownie zmienia. Jeszcze sobie popłaczemy że się rozstajemy, ale tez i będziemy się śmiać z wielkiego szczęścia. Ten rok pokaże jak będzie. To jest Twoja droga przejścia tak jak kiedyś przez drogi rodne, tak jak kiedyś pierwszy krok. Niby nic, ale to było wielkie COŚ. Teraz też będzie wielkie COŚ.

Poszukaj spokoju swojego własnego. Ja bym powiedziała: pomedytuj. Ale Ty może znajdziesz swój spokój gdzieś indziej. Lub jakoś inaczej.

Całe życie przed Tobą i jestem pewna, że przeżyjesz je idealnie. Nie bez bólu, bo umiesz doceniać trudności, nie bez żalu, bo popełnisz błędy. Ale idealnie swoje własne życie przeżyjesz, bo jesteś moją córką. Jesteś tym wszystkim czym ja jestem i jeszcze czymś więcej. Masz to wszystko dobrego co ja mam i masz więcej: masz jeszcze siebie. I zawsze masz mnie. Piękny i trudny okres przed nami. Płacz i przeżywaj to po swojemu.
Dla mnie ten moment jest i bólem i cudem. Pierwszy raz czuję, ze naprawdę przeżywam rozstanie z córką. Mam córkę i ona wchodzi w dorosłość. Ból jest rozdzierający, straszny, kulę się i chcę trzymać Cię nadal w ramionach. Ale jednocześnie czuję, ze to cud życia stawia następny krok. Rodziłam córkę do życia, do jej własnego życia. Teraz czuję, ze znów Cię rodzę. Ta sama transcendencja jak przy Twoich narodzinach. Ten sam uścisk Natury (stąd tamto uczucie, że kupowanie biletów do Dublina nie dzieje się naprawdę). To Natura pomaga nam przez to przejść. Jej Czułe i Silne dłonie teraz znów czuję oplecione na całym moim ciele. Dokładnie tak jak wtedy 6-ego sierpnia 1993 roku. Gdy sama Cię rodziłam w szpitalu. Nie chciałam Zenka przy sobie i położne też właściwie mi przeszkadzały. Jedna krzyczała: ‘’zezłość się na cały świat’’. A ja czułam, ze to zupełnie niepotrzebne, bo Ty i tak wychodzisz powoli. W swoim czasie. Teraz może dobrze by było posłuchać położnej. Zezłośćmy się na cały Świat!!! Bo mi Cię dał i teraz zabiera. Złoszczę się, ze to tak krótko trwało. (Dlatego radzę Ci spędzać jak najwięcej czasu ze swoimi dziećmi. Ale i tak zawsze będzie za krótko.). Płaczę, żE ROZSTAJĘ SIĘ z Córką  i to jest cudowna chwila. Rozstaję się z moim pierworodnym dzieckiem. Choć coś we mnie krzyczy: ‘’Zatrzymaj ją przy sobie!!! Jest twoja!!! Sama ją urodziłaś!!!’’ A inny ktoś we mnie mówi cicho i czule:’’Urodziłaś ją do wolności, do szczęścia. Pozwól jej stawiać następne kroki. To jest radość.’’ I jest i ja to czuję.

Wiem dlaczego mi dałaś „Balsam dla duszy matki”. Ale wiem też, że nawet najlepszy balsam nie uśmierzy bólu całego. I czy to teraz czy za rok, ból będzie taki sam. 


Mama